
12.08.2013 07:46
Cypryjska Pułapka
a) 36 dni podróży
b) ponad 7000 przejechanych kilometrów (w istocie było ich więcej, jednak postanowiłem zsumować wyłącznie trasę Tam i z Powrotem, choć nie jestem Hobbitem)
c) setki przygód, z których wyciągnę należne refleksje i podzielę się nimi już w wersji przetrawionej w swoim czasie w zupełnie innej wersji i formie.
Nie udało mi się dotrzeć do Izraela. Zostałem zatrzymany na Cyprze z przyczyn najprościej mówiąc politycznych – ja, który w zadku swojego Yamaha mam całą politykę tego dziwnego świata. Pisałem o tym w relacji z podróży:
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid= 493503847403359&id=449234675163610
Cóż mogłem poradzić? Przetrawiłem Cypr, zachwyciłem się jego północną częścią nie uznawaną na arenie międzynarodowej, jako państwo, pozwoliłem przebiegać mi przez drogę żyjącym tam dziko osiołkom, a górskim pustkowiom wijącym się nadmorsko wypalać mi wzrok swoim surowym majestatem. Rozgoryczenie spowodowane świadomością znalezienia się zaledwie trzysta kilometrów od Izraela i niemożności postawienia tam nogi, topniała z każdym zostawionym w tyle kilometrem, tak bowiem piękne pejzaże towarzyszyły mi podczas wyprawy i tylu niezwykłych ludzi dane było mi poznać.
Przede wszystkim jednak zakochałem się w Turcji, ale o tym także opowiem w stosownym czasie.
A teraz jestem w Polsce, w Stołecznym Królewskim Mieście Krakowie, wśród łechtanych delikatną zielenią blokowisk, gdzie nie ma miejsca, by rozbić namiot, a nawet jeśliby się gdzieś znalazło i tak byłoby tam zbyt wiele psich ekskrementów, które zgodnie ze swoją naturą mogłyby odrobinę przeszkadzać.
Za mną Wielkie Góry tureckie i rumuńskie, barwne epizody, prozaiczny incydent drogowy w Antalyi (https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid= 490638437689900&id=449234675163610), beztroska snucia się po cypryjskich bezdrożach w klapkach i krótkich spodenkach, co przy 45-48 stopniowym upale dla mnie było całkiem zrozumiałe, choć – rzecz jasna – zupełnie nierozsądne.
Przede mną jesień, którą już niebawem czuć będzie w porannym powietrzu, zima, która minie, bo musi, wiosna ożywiająca motocykle, a potem kolejna próba doświadczenia, jakim krajem jest Izrael, a jakim nigdy nie będzie. Jestem pewny, że tym razem się uda.
Komentarze
: 19
To wcale nie musi być długi weekend. Może być krótki. Jest jeszcze sporo czasu, aby poczynić ustalenia.
Sama idea niezmiennie mi się podoba.
no i jak tu teraz napisać, że u mnie programowo długie weekendy majowe odpadają? Masakra.
A poza tym, to ciężko być diabłem w dzisiejszym świecie...
W takim razie mi zostaje kominiarka w gołe baby, albo kotwice. Wybieram opcję pierwszą. :-)
Ja mówię serio, serio. Postaram się oblukać Łęczycę na początku września, a z wiosną zakupię kominiarkę z czachą :)
Łęczyca pasuje, mniej więcej środek, demonizm jest, a przy okazji stworzy się nowy. I kto wtedy podskoczy? Jeśli mówicie serio, to bardzo mi się podoba. Tzn. generalnie o spotkaniu w Łęczycy, a nie o byciu diabłem, choć i to drugie może być zabawne.
Boruta koń mi podchodzi najbardziej. Mogę nocą hasać po łęczyckich drogach aż krowom mleko odejmie, a kury się przestaną nieść :)
Boruta to klurik, rzecz jasna :) Stary, nie obraź się, ale H-D zobowiązuje. Dobra, jeśli nie chcesz być Borutą, nie nalegam, biorę to na siebie. Dzisiejszy dzień zapisze mi się w annałach jako jeden z najbardziej nieudanych dni w 2013. Coś dziwnego wisiało w powietrzu może niesmak po hecy chorzowsko-meksykańskiej, nie wiem. Więc tego Borutę potraktuj jako niewinny żart i dodatek do wpisu, bo czterech jeźdźców Apokalipsy jest, jak widzę.
Przyszły rok, długa majówka - świetny termin. Łęczyca dobrze wypada - i pod względem geograficznym, i mitologicznym. Brzestek, Rózga i Warga - jadą popić z Borutą.
Myślałem raczej o roku przyszłym. Weekend długomajowy i środek Polski, który nie będzie ani Bieszczadami, ani Krakowem, a po prostu jakąś urokliwa miejscówką na nizinie, choć od nizin bardzo szybko zaczyna mnie boleć głowa w związku z czym muszę pić dużo piwa.
EasyXJRider, dawid etc ---)> Jeśli zagna Was urlopowo w okolice Krakowa, dajcie znać. Zawsze się możemy umówić na Rynku pod Adasiem (tzn. Mickiewiczem, poetą, wieszczem, który serce i ducha zawierzył Bogu i Ojczyźnie w odległym od Krakowa Stambule).
Potem mogę zaoferować wiele rozrywek związanych głównie z piciem piwa.
Ja w tej czaso-przestrzeni czuję się jak pijane dziecko we mgle. To pewnie przez problem ze wzrokiem. Za nic nie widzę wolnego weekendu we wrześniu.
Panowie, co do czasoprzestrzeni, swojego czasu w określonej przestrzeni uczestniczyłem w dysputach co do charakteru tejże - czy jest on ciągły, czy skwantowany. Niezależnie od wyniku rozważań zaplanowałem urlop na pierwszą połowę września, czyli w tym czasie przestrzeń nabywa dla mnie dość elastycznego charakteru. Coś zatem jest na rzeczy, jeśli chodzi o środek Polski.
-> Zacne grono: Co do środka Polski odpowiedniego wiadomym celom, to nie wiem czy jest Wam znane pojecie czaso-przestrzeni? Otóż wedle wrażych teorii traktujących o naturze rzeczywistości, gdzieś tak we wrześniu środek Polski będzie mniej więcej w Bieszczadach...(?)
Chociaż mogę uznać własną pomyłkę, jeżeli ktoś z Was dysponuje dokładniejszym algorytmem falowo - korpuskularnym, na końcu którego pojawi się inna lokalizacja.
klurik ---)> Iiiii taaam. :-) A Twój wpis przeczytałem z przyjemnością.
dawid etc ---)> Nie znam krajów północnych, nigdy tam nie byłem i niespecjalnie mnie ciągnie ze względu na moje zamiłowanie do skrajnie wysokich temperatur, choć mieli tam niegdyś świetnych pisarzy, zwłaszcza - jak dla mnie - w Finlandii.
Słyszałem wiele opowieści o Szwecji i myślę, że mnóstwo z nich mogłoby stać się głównym motywem niejednej książki.
Zgodzę się z Tobą, że między pewnymi osobami z tego forum mogłaby wywiązać się ciekawa rozmowa. Jestem tego pewny.
Zawsze przecież możemy się zmówić gdzieś w środku Polski i spędzić weekend, obrabiając tyłki nieobecnym, jak to jest w dobrym zwyczaju. :-)
Skandynawista? Dla mnie bomba.
Nawet mi nie pisz o Jerozolimie, bo mój z trudem zażegnany ból powraca z wzmożoną siłą, a oczy nabiegają wodą.
Pocieszam się tym, że polska reprezentacja w piłkę nożną ma znacznie gorzej, bo jej zawodnicy po większych zawodach zawsze śpiewają: "już za cztery lata". Na szczęście nie będę musiał tyle czekać, żeby zobaczyć to, co jest tego warte.
EasyXJRider ---)> Zawsze będę podkreślał, że nawet weekendowy wypad poza miejsce zamieszkania jest po prostu świetną zagrywką, mini wyprawką pozwalającą choć na chwilę odbić się od poniedziałku, wtorku i pozostałych dni tygodnia, a nawet całych miesięcy i lat.
Och, po lekturze Twojego wpisu mój okazuje się być płytszy niż piwo które dziś wypiłem.
Turcja z siodła to coś niesamowitego, i nawet jeśli nie było Izraela, to i tak gratuluję czasu spędzonego ze sobą i otoczeniem.
Do Królewca? No cóż, dla mnie culture clash i niekoniecznie miły. Nie byłem motocyklem, za to kilka razy służbowo samochodem i nie chcę powtarzać tego doświadczenia - do przegadania przy piwie ;) Pozwól, że skorzystam z Twojej gościnności i odpowiem Easiemu. Wiem, jaki prom masz na myśli, ale ja najbardziej lubię ten, który łączy Świbno z Mikoszewem. Skandynawię zaliczyłem - ech... znów nie na moto - i to nie moja bajka. A jestem z wykształcenia skandynawistą i przemieszkałem w Szwecji 5 lat. A dlaczego? Znów na opowieść przy piwie. Podczas zeszłorocznej podróży po Szwecji przyszła mi do głowy myśl, żeby napisać książkę pt. "Szwecja - podręcznik użytkownika". A tak w ogóle, moje drogie, szacowne grono, coś mi mówi, że jeśli nie dziś i nie jutro, to kiedyś spotkamy się przy browarku, słuchając stygnących wydechów maszyn, bo, jak pewnie zauważyliście, pracujemy na dość zbliżonych częstotliwościach. I na koniec - byłem w Izraelu. Gęstość powala. Gęstość w sensie kulturowym, mitologicznym, archetypicznym, religijnym, i cholera wie jakim jeszcze. Nie jestem religijnym człowiekiem, ale wieczorem przeszedłem drogę męki Pańskiej i z Golgoty spojrzałem na Jerozolimę w promieniach zachodzącego słońca. Każdy Europejczyk powinien mieć to zagwarantowane w konstytucji. I kąpiel w lutym w Morzu Śródziemnym. I wizytę na przejściu do Gazy. I widok samochodów ze znaczkiem P na tablicy, który kojarzy się ze znaczkiem P na pasiaku. I wizytę pod Ścianą Płaczu.
Witamy z powrotem w kraju.
A twoje niedotarcie do zakładanego celu, które to wcale nie zepsuło Ci humoru doskonale oddaje moje postrzeganie istoty podróżowania ("bunkrów nie ma, ale też jest fajnie"). To z kolei wraz z kilkoma wpisami innych podróżników składa się na przemyślenia, które zapewne zakończą się wpisem.
->DawidEtc: O ile się orientuję, nasza lokalizacja umożliwia nam rozpoczęcie całkiem ciekawej wyprawy już po kilkunastu kilometrach (u mnie kilkudziesięciu), od przeprawy promowej...
Jestem bardzo zadowolony z podróży i ze wszystkiego, co zobaczyłem, a było tego naprawdę sporo i - co znamienne - były to wyłącznie pozytywne przygody.
Jak pisałem, przeżyłem mocno niemożność wjazdu do Izraela, ale co się odwlecze...
Z kolei z rejonów nadmorskich o wiele bliżej na pewne wyspy, stałe lądy oraz przylądki.
A co ma w sobie ekstremalnego wyjazd do Królewca? Zaintrygowałeś mnie.
Jeśli ktoś we współczesności może wybiec w podróż na 36 dni, to już wygrał i ma powód do radości. Dzielę z Tobą radość i gorycz, ale jak mawiał mój niegdysiejszy kolega: radosny jestem w tej d(---)ie. Posmakowanie cypryjskiego no pasaran musi być doświadczeniem egzystencji w pigułce i tego zazdroszczę. A tak swoją drogą - z tego Grodu to macie wszędzie blisko. I już niemal bez granic. Jak za kajzera, tego dobrotliwego, z wielkimi bokobrodami. U nas każda podróż zaczyna się od setek kilometrów do granicy. No, chyba, że się wybieramy do Królewca, ale to już ekstremalny sport.
Archiwum
Kategorie
- Na wesoło (656)
- Ogólne (151)
- Ogólne (5)
- Ogólne (80)
- Turystyka (7)
- Wszystko inne (25)
- Wszystko inne (4)